blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-12-31

Sylwestrowo

Miniony rok to zimowy pobyt w Polsce, jajka z wasabi na Święta Wielkanocne, goście z Polski, wycieczka do przepięknego Shaxi i do urokliwego Chengdu, dużo rozmów, dobrej kuchni i śmiechu, kupno nowego mieszkania... A także rozminięcie się na ścieżce życia z kilkorgiem Przyjaciół, kilka porażek, kilka smuteczków, parę przykrości łamanych przez obojętność... Ale, jak śpiewał Sinatra, to był bardzo dobry rok.
A jeśli chodzi o postanowienia na Nowy Rok, to... ostatnio przytrafił mi się taki dialog:
Kucharka Kuchni Bez Kitu, żegnająca się ze mną przed pójściem spać: no to co, ptasie mleczko, trochę porobić brzuszków i do spania.
Ja, szczerze rozbawiona: świetne połączenie - ptasie mleczko i brzuszki.
KKBK: masz rację, oleję brzuszki.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje postanowienia ;)
Niech Wam się w Nowym Roku darzy!

2014-12-30

Jianchuańskie rzeźby w drewnie 剑川木雕

Będąc w Shaxi nie sposób nie natknąć się na piękne egzemplarze rzeźby w drewnie. Słynie z nich całe województwo Rzeki Mieczy (Jianchuan 剑川). Rejon ten zaczął słynąć z drewnianych rzeźb już w X wieku. To znaczy: zaczął słynąć wśród ludności chińskiej, która wtedy dopiero zaczęła się na większą skalę z Jianchuańczykami kontaktować. Oczywiście, Hanowie twierdzą, że całe piękno tych rzeźb wynikło z połączenia tradycji bajskiej i chińskiej, ale... wiecie, Bajowie mają na ten temat swoje zdanie.
Początkowo była to sztuka stricte użytkowa - produkowano na wielką skalę meble, przyrządy kuchenne itd. Później dopiero zaczęto upiększać drzwi i meble, a także tworzyć bibeloty. Sądzę, że nie od rzeczy było położenie Rzeki Mieczy i okolic na trasie Szlaku Końsko-Herbacianego. Zapewne kupowanie pamiątek z podróży nie jest wymysłem dzisiejszych czasów... Z czasem Jianchuan zaczęto zwać "ojczyzną stolarzy" i ludzie z dalekich stron przybywali, by oglądać wyrzeźbione ptaki, kwiaty, krajobrazy czy ludzkie portrety. Z czasem w rzeźby wkradły się i elementy chińskie - pismo czy charakterystyczne dla Hanów symbole - feniksy, smoki i inne znaki szczęścia. Najchętniej używane gatunki drewna to mahoń, południowoazjatycka brzoza i palisander, a cacuszka z nich wykonane potrafią być droższe nawet od uwielbianego tu marmuru. A już najwspanialszym dziełem świata są meble, w których w jianchuańską rzeźbioną oprawę wbudowano dalijski marmur...
Robi się tak stoły, krzesła, futryny, szafki, durnostoje typu akcesoria herbaciane czy kaligraficzne; prawdziwą pięknotką jest wykończone głowami smoka bajskie banjo - Trzystrunnik sanxian 三弦:
Powstają też całe serie płaskorzeźb przedstawiających legendy, bajskie i chińskie, z Nieśmiertelnymi czy bajskimi bohaterami.
Dzięki projektowi powolnej i sensownej odbudowy, przy odnawianiu starych, drewnianych budynków w Shaxi postanowiono skorzystać z umiejętności lokalnych artystów. Stąd w sercu Sideng tyle maleńkich warsztatów. Oczywiście, artyści nauczyli się już, że chińskim turystom łatwiej sprzedać wyrzeźbiony znak szczęścia niż jakiś oryginalny wzór bajski. Żywię jednak nadzieję, że uda im się zachować przy życiu tę sztukę i dawną estetykę - choćby po to, żeby można było pokazać wnukom, że i Bajowie mają z czego być dumni...

2014-12-29

kiedy bierzesz prysznic?

Uczę angielskiego (i strasznie się tego wstydzę, bo od dawna już mówię lepiej po chińsku niż po angielsku). Tym razem czynności zwyczajowe, present simple, usually, always, everyday i pytanie "what time do you ...?". Za stołem siedzi para nastolatków, którym prosty opis dnia przysparza niemałych trudności. Po długich i ciężkich cierpieniach, czyli po opisie całego dnia od wstawania, jedzenia śniadania i mycia zębów, poprzez szkołę i koszykówkę aż po kolację, pytam "kiedy bierzesz prysznic?". Dzieciak się zastanawia, zastanawia i odpowiada: "on Tuesdays". Sądzę, że źle zrozumiał pytanie, więc mówię, że nie w który dzień tygodnia, a o której godzinie. On patrzy na mnie ze zniecierpliwieniem i powtarza: "every Tuesday, in the evening, before I go to sleep". Jego kolega zaczyna się z nim przekomarzać: "sam widziałem, że codziennie wieczorem wchodzisz do łazienki!". Delikwent się broni: "tak, bo codziennie myję głowę, ale przecież nie biorę prysznica codziennie, jeszcze nie zwariowałem".
Całe szczęście byli zbyt zajęci przegadywaniem siebie nawzajem, żeby zauważyć moją minę.

Hmmm.

Skoro bierze prysznic we wtorki, to może powinnam przesunąć jego lekcję na środę?...

Swoją drogą to nie jest pierwsza taka sytuacja. Na samym początku mojego pobytu w Kunmingu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ludzie są... hmmm... nie pierwszej świeżości. Później spotkałam doktorantkę wybierającą się na staż do USA; to właśnie ja doradziłam jej, żeby myła się codziennie i żeby nie kopała psów, które chcą się z nią przywitać, jeśli faktycznie chce się zaprzyjaźnić z jakimikolwiek Amerykanami. Ba, po powrocie powiedziała mi nawet, że dziękuje za to, że nauczyłam ją jeść z zamkniętymi ustami! I że w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że tego typu bzdety mogą być ważne...
Jeszcze później kolegowałam się z Chinkami, które podśmiewały się z Europejek "one się tak często myją dlatego, że śmierdzą", a w ogóle to są "przewrażliwione na punkcie higieny" i "z niewiadomych przyczyn narzekają na brak mydła w chińskich toaletach, jakby to było coś ważnego".
Oczywiście, istnieją chlubne wyjątki. Za jeden taki wyjątek wyszłam za mąż. ZB uwielbia się kąpać, uwielbia prysznic, a głowę myje ze trzy razy częściej niż ja. Nauczył się tego... w Kantonie. Po studiach został tam wysłany do pracy (tak, to jeszcze było w tych czasach, w których jechało się tam, dokąd państwo wysłało) i odkrył, że Kantończycy myją się przynajmniej trzy razy dziennie: po wstaniu, po powrocie z pracy i przed spaniem. W tamtejszym tropikalnym klimacie faktycznie nie ma innego wyjścia - ja w lecie na Tajwanie kąpałam się cztery razy; do trzech wymienionych u góry trzeba dodać ten przed wieczornym wyjściem do knajpy.
I dobrze, że się ZB nauczył. Inaczej bym się z nim nie hajtnęła :P

2014-12-27

ryżanka 糯米血肠

Dopóki mieszkałam w rodzinnym domu, żywiłam się "porządnie". Żadnego śmieciowego jedzenia, nawet "hamburgery" robiłam sobie sama na bazie pysznych bułek, warzyw, domowych kotletów mielonych i dużej ilości majonezu. W domu zawsze była szyneczka albo sucha krakowska, a ja wybrzydzałam, odcinając od szynki kawałek tłuszczyku, a fe.
A potem poszłam na studia. Nie dostałam akademika, bo przysługiwał od 100 kilometrów wzwyż, a ja mieszkałam zaledwie 98 km od domu. Zresztą, świetnie się złożyło, bo dzięki temu mogłam mieszkać w wynajętym pokoju z przyjaciółką. W pierwszym pokoju miałyśmy wspólną rozkładaną kanapę; w drugim - wąskie łóżko z segmentów i łóżko polowe, które można było rozłożyć po rozsunięciu kartonów po bananach, które, z położonym kawałkiem deski, robiły za stoliki. Nagle się okazało, że zjadłabym i tłuszczyk z szyneczki, i znienawidzony groszek. Chodziłam na targ tuż przed zamknięciem i kupowałam resztki za grosze, bo sprzedawcom się spieszyło do domu. Nie bardzo się przejmowałam, co właściwie kupiłam. To wtedy poznałam smak mortadeli, salcesonu i zwiędłej sałaty. Nabiał kupowałam tylko po przecenie - w delikatesach na Starowiślnej stał taki koszyk z przecenionymi produktami, którym kończyła się data ważności. Kupowałam na przykład dziesięć jogurtów truskawkowych, ohydnych zresztą. Jeden jadłam z owsianką na śniadanie, drugi zabierałam na zajęcia, na obiad był makaron z jogurtem truskawkowym, a na kolację smarowałam sobie nim bułkę. Po dwóch dniach miałam już serdecznie dość truskawkowego jogurtu, ale za to kupowałam trzy litry truskawkowej maślanki, bo była w przecenie...
Jednym z dań, które nigdy nie pojawiło się w moim rodzinnym domu, a kojarzy mi się nierozerwalnie ze studiami, jest kaszanka. Kiedy pierwszy raz ją jadłam, zatykałam nos i starałam się zapomnieć, z czego ona się składa. Dziś danie to kojarzy mi się dobrze, bo z pierwszymi samodzielnymi krokami w tzw. dorosłym życiu. Kiedy więc ujrzałam na straganie dalijską wersję kaszanki, nie mogłam się oprzeć.
Kaszanka dalijska różni się od polskiej przede wszystkim składem - konkretnie tym, że zamiast kaszy łączy się z krwią ryż - co akurat w Chinach jest dość logiczne. Właściwie ryżanka, bo tak ją nazywam dla wygody, nie pochodzi z Dali - jest to przysmak ludu Naxi, żyjącego nieco dalej na północny zachód, w okolicach Lijiangu. Robi się ryżanki w sposób następujący: niedogotowany ryż bądź takiż ryż kleisty miesza się ze świeżą krwią wieprzową/białkiem jajka i rozmaitymi przyprawami (poza solą jest na przykład rozdrobniony koperek czy zmielony kardamon), po czym wpakowuje w oczyszczone jelito wieprzowe i mocno zawiązuje. W zależności od tego, czy wymieszana jest z krwią czy z białkiem, różni się kolorem, a więc i nazwą - stąd ryżanki białe i czarne. Białe można robić jak rok długi, za to czarne powstawały tradycyjnie głównie w zimie, przy okazji noworocznego świniobicia. Po świętach zabierali je z sobą studenci i młodzi, pracujący w miastach - niby w miastach jest rozmaite jedzenie, ale nie ma jak domowa ryżaneczka... Dziś można je dostać w niektórych supermarketach jak rok długi; najlepsze są jednak te "domowe", których zaledwie kilka sztuk tygodniowo zjawia się na bajskich czy "naszych" straganach. Takie domowe przydybałam w Kunmingu na jednym, jedynym straganie mojego ukochanego targu. Naxi i Bajowie spożywają taką ryżankę po uprzednim ugotowaniu na parze albo usmażeniu. Moim zdaniem taka po prostu na parze bez dodatków jest niesmaczna; ZB to wręcz takiej nie znosi. Dlatego gdy kupiłam ryżankę i przyniosłam do domu celem przyrządzenia "po polsku", gwałtownie zaprotestował i powiedział, że on tego jeść nie będzie i żebym sobie to zjadła sama, jak lubię. Nawet się z nim nie sprzeczałam; po prostu zrobiłam swoje.

Składniki:
*kaszanka/ryżanka
*cebula - dużo, pokrojona w krążki albo półplasterki
*czosnek - ze dwa ząbki, rozgniecione
*ewentualnie sól, pieprz, trochę chilli

Wykonanie:
1) Obsmażyć cebulę i czosnek, ale nie przesadzić - cebula ma być szklista a nie brązowa.
2) Dodać pokrojoną w niezbyt cienkie plasterki kaszankę i smażyć na małym ogniu dziesięć minut, aż zniesurowieje.
3) Spróbować i ewentualnie doprawić. Ja doprawiłam chilli, bo, jak każda Yunnanka, bez chilli żyć nie potrafię.

Zeżarłam taką wprost z patelni, bo się doczekać nie mogłam. I gdy byłam w trakcie jedzenia, wrócił z pracy Najlepszy z Mężów. Co tu tak pięknie pachnie? - pyta. Podziel się! - nakazuje. Dostał talerz obsmażanych ziemniaków z dnia poprzedniego z ryżanką, dużą ilością smażonej cebuli i ogórek kiszony do łapki. Jadł aż mu się uszy trzęsły. Kiedy skończył, zaczęłam go przedrzeźniać: "ja tego jeść nie będę, nie znoszę ryżanki, sama sobie zjedz, jak lubisz". Miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby się zarumienić...

2014-12-24

*

1. Chleb. Zamiast opłatka, bo poczta zawiodła.
2. Barszcz na wywarze grzybowym. Wywar grzybowy prawdziwy, barszcz saszetkowy, bo buraków ni ma.
3. Uszka z farszem grzybowym - gotowane.
4. Pierniczki.
5. Pierogi z kapustą i grzybami. Kapusty trochę kiszonej i trochę zwykłej.
6. Ryba w zupie słodko-kwaśnej.
7. Ryba pieczona, podana z wasabi i sosem sojowym.
8. Sushi z łososiem.
9. Kompot z suszu. Poczta zawiodła, więc susz składa się ze śliwek, ananasa, pomelo, mango, głożyny i głogu.
10. Uszka usmażone na głębokim tłuszczu.
11. Szarlotka.
12. Tort Szwarcwaldzki.

Miało być ciasto drożdżowe, ale nie wyszło. Za zimno, żeby wyrosło, a piekarnik się zbiesił.
Byli goście, był śmiech, była prowizoryczna choinka i nawet prezenty też były.
A jutro - do pracy. Pojutrze też. Tak na wszelki wypadek, żebym nie zapomniała, że w Chinach jestem :)

2014-12-22

13 oznak, że jesteś za długo w Kunmingu

Zainspirowana wpisami dziewczyn z Klubu Polki na Obczyźnie, a także wpisem tego typu o Chinach, postanowiłam popełnić taką wyliczankę - o Kunmingu moim umiłowanym.

1. Uważasz, że misieny są doskonałą opcją śniadaniową. I lunchową. I kolacyjną. W ogóle, misieny są doskonałą opcją zawsze.
2. Nie dziwią Cię płatki chilli w potrawach dla dwuletnich dzieci.
3. Nie dziwią Cię dzieci, które te diablo chilli potrawy spożywają z uśmiechem na twarzy.
4. Nosisz przy sobie termos/butelkę z wodą lub herbatą. Zawsze.
5. Zapomniałeś definicję "ubrań letnich" i "ubrań zimowych". Zastąpiłeś je "ubraniami na dni słoneczne" i "ubraniami na dni deszczowe".
6. Uważasz, że robaki są jedną z najlepszych przekąsek świata.
7. Nie uważasz ogrzewania za niezbędne wyposażenie mieszkania. Ani szczelnych okien. Nawet gdy na zewnątrz jest koło zera, a wewnątrz niewiele więcej.
8. Zapytany o sezon na truskawki odpowiadasz: zima.
9. Zawsze wchodzisz do autobusu przednimi drzwiami i wysiadasz tylnymi.
10. Znajomość z nowo poznanym człowiekiem zaczynasz od pytania o grupę etniczną.
11. Chodzisz na targ codziennie, najdalej co dwa dni. Przecież trzydniowe warzywa są nieświeże! To samo dotyczy warzyw z lodówki. Więc ich w lodówce nie trzymasz wcale.
12. Uważasz, że koperek czy mięta to dania obiadowe, a nie przyprawy.
13. Jak masz ochotę na wołowinę, idziesz do knajpy muzułmańskiej - wiesz, że tam będzie najlepsza na świecie.

Pewnie mogłoby się pojawić więcej, ale... ja już nie widzę, jak bardzo się zmieniłam pod wpływem tego miasta. Wiem, że się zmieniłam - ale zmian tych nie widać od wewnątrz, a jedynie od zewnątrz. Schińszczyłaś się - mówi moja Mama, patrząc z obrzydzeniem na to, jak z upodobaniem wcinam robaki. Jesteś bardziej kunmińska ode mnie - mówi ZB, kiedy prowadzę go jakimś nieznanym zaułkiem do knajpy, którą widzi pierwszy raz w życiu na oczy.
Tak, jestem już tutejsza, choć zdradza mnie jasna cera i wielgachny nos.

Zobaczcie też, jak poznać, że mieszkacie za długo w Indonezji, Malezji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, RPA i Turcji.

2014-12-21

cukierki 小糖食品

Wczoraj szwagierka przyniosła cukierki dzyń dzyń. Skleiłam sobie mordę dokumentnie; ku mojemu najwyższemu zaskoczeniu siostrzeniec nie polubił tej pysznostki. Że niby "za mało słodkie". Oczywiście, nie tak słodkie jak cola albo słodycze z tutejszych piekarni, ale właśnie dokładnie "w sam raz". Ech, ta dzisiejsza młodzież...
Cukierki zostały więc u nas i pociamkując je sobie w zachwyceniu, tłumaczę kolejny artykuł mojego cudownego kunmińczyka, Zhao Zhengwana.

Niezapomniane cukierki

Często wspominam te cukierki, które najczęściej jadaliśmy w przeszłości, kiedy byliśmy jeszcze dzieciakami.
Jedne były zrobione ze słodu jęczmiennego albo kukurydzianego. Białe, miękkie, nazywano je wówczas cukierkami dzyń dzyń. Był w Kunmingu popularny wierszyk dla dzieci: "cukierki dzyń dzyń, im więcej ich jesz, tym bardziej tęsknisz za mamą*". Domokrążcy sprzedający cukierki dzyń dzyń nosili na ramionach wielkie bambusowe kosze, a w dłoniach małe maczety i młoteczki; uderzając jednymi o drugie dzwonili wzdłuż ulic charakterystyczne "dingding dong" - to właśnie od tego dzwonienia ludzie nazwali cukierki dzyń dzyń. Każdego dnia na starych uliczkach i pod podstawówkami słychać było ten dźwięk - i od razu było wiadomo, że przyszedł sprzedawca cukierków dzyń dzyń. Otoczony przez dzieciaki sprzedawca, otrzymawszy jeden czy dwa feny**, uderzał młoteczkiem w maczetę, pełniącą rolę dłuta, odkrawał kawałek miękkiego, białego cukierka, który trafiwszy do ust zaklejał szczelnie zęby. Czasem nie jadło się od razu, a najpierw międliło w dłoni, bawiło tym cukierkiem przez chwilę, a dopiero później zjadało***. Czasami zaś kupowało się kawałek, a po powrocie do domu zatykało go na pałeczce i opiekało nad ogniem, aż powierzchnia pokryła się bąbelkami i zrobiła chrupiąca. Starzy ludzie powiadają, że jedząc takie opieczone cukierki dzyń dzyń można wyleczyć kaszel.
Inny rodzaj to cukierki kręcone (绞绞糖). Zrobione z płynnego, gęstego cukru, za jednego fena można było kupić jedną kulkę, wsadzoną na dwa patyczki bambusowe. Trzeba było jednocześnie jeść i nawijać [na pałeczki]; im dłużej to trwało, tym bielszy się robił cukierek. Jedzenie kręconych cukierków było szalenie pasjonujące, bo można było nie tylko jeść, ale i się przy okazji bawić, jednocześnie się ucząc - bardzo to się różni od jedzenia dzisiejszych lizaków.
Były jeszcze jedne cukierki, zbliżone bardziej do ciastek, nazywały się cukrowe ludziki 糖人人, zrobione z cukru i mąki ryżowej. Mogły mieć kształt zwierząt, ale więcej było historycznych postaci, jak Guan Yu, Zhang Fei itp, a także arhatów i innych. Największe mogły być wysokie nawet na stopę, najmniejsze były wielkości palca. Były sprzedawane na loterii. Kręciło się kołem (za każde zakręcenie dwa feny) i dostawało się to, na co wypadło, przy czym oczywiście rzadziej wypadały duże figurki; jednak w najgorszym wypadku i tak dostawało się mały kawałek. Ta forma sprzedaży przyciągała rzesze dzieciaków, zlatujących do straganu jak rój pszczół. Jeśli się udało wylosować trochę większy cukierek, żal było zjadać od razu, więc się obnosiło w chwale cukierek przed innymi, pławiąc się w satysfakcji.
Z powyższych trzech rodzajów cukierków, kręcone i ludziki już zanikły, za to dzyń dzyń można jeszcze spotkać na ulicach, tyle, że sposób sprzedaży się zmienił, bo są sprzedawane na wagę i nie słychać już miłego dla ucha dzwonienia "dingding dong"; razem z dźwiękiem znikła spora ilość uroku, pod jakim były dzieci. Oczywiście, trudno porównywać dawne czasy z obecnymi, wówczas pożywienie dziecięce było bardzo monotonne, ciężko to porównać z dzisiejszym bogactwem.
A jednak dla mnie to właśnie te cukierki są niezapomniane.
[Zhao Zhengwan Kunmińskie wspomnienia 昆明憶舊, 趙正萬]

Szwagierka pochyla się nade mną: "ależ on kompletnie pomylił tę piosenkę, to szło zupełnie inaczej!". I przywołuje z zakamarków pamięci oryginał:
丁丁糖丁丁糖
cukierki dzyń dzyń, cukierki dzyń dzyń
吃了不想娘,
jak zjesz, zapomnisz o mamie
想起娘来哭三场。
a jak sobie przypomnisz, trzy razy zapłaczesz.

I tłumaczy, że dawniej, jak małe dzieci płakały za mamą, dawało im się kawałek cukierka dzyń dzyń. Był słodki i kleił mordę, więc dziecko zapominało, że przecież miało płakać; jednak metoda była tyleż skuteczna, co jej skutki krótkotrwałe - tuż po zjedzeniu dziecko zazwyczaj przypominało sobie, że przecież miało płakać i darło się, ile sił w płucach...

*w oryginale wierszyk jest rymowany; niestety polskie dzyń dzyń ciężko zrymować z mamą...
**fen - chiński odpowiednik grosza, dziś w zasadzie niespotykany.
***przypomniałam sobie małe, brudne łapki chińskich dzieci. Bue....

2014-12-20

cukierki dzyń dzyń 丁丁糖

Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Chin, fascynowały mnie wszystkie dźwięki, zapachy i smaki. Wszystko tak obce, tak ciekawe! Później zauważyłam, że może nie wszystkie dźwięki, zapachy i smaki sprawiają mi taką samą przyjemność - zapach szaszłyczków jest mi milszy niż całodniowy olej po tofu i rybach, oryginalny smak tutejszych warzyw lepszy jest niż duża ilość chilli z niewielkim tych warzyw dodatkiem, a odgłos charkających z głębi trzewi dziadków mnie nie uśmiecha - w przeciwieństwie do dzwonienia domokrążców z koromysłami. Dużo czasu zajęło mi stwierdzenie, że nie wszyscy sprzedawcy dzwonią tak specyficznie - ding ding dong w septymie, czasem w nonie, z wysokim, przenikliwym ding i głuchym dong gdzieś na dole. Pojęcia nie miałam, o co chodzi; wiedziałam tylko, że dzwoniący sprzedawcy noszą na wyplatanych talerzach wielkie płaty czegoś białego. Dowiedziałam się też, czym dzwonią - takim dłutkiem i młoteczkiem, którym rozbijają wielkie białe płaty na małe kawałki. Razu pewnego nie wytrzymałam z ciekawości i kupiłam trochę tych małych białych cosiów.
I właśnie tak zakochałam się w cukierkach dzyń dzyń. Odtąd specyficzne dzwonienie sprawia, że się ślinię - zawsze tęsknię za tym smakiem. Na początku nie wiedziałam nawet, z czego cukierki są zrobione. Dziwaczne: twardawe, ale po wsadzeniu do ust miękną i kleją mordę. Lekki posmak sezamu i mordoklejenie to atrybuty cukierka idealnego... Najlepsze, że wcale o tym nie wiedząc, odkryłam przypadkiem nazwę tych cukierków, tutaj się bowiem na nie mówi "cukierki dingding", gdzie dingding to właśnie dzwoniąca onomatopeja. Zresztą - i w Hongkongu, z którego słodycz ten ponoć pochodzi, mówi się na nie deuk deuk tong 啄啄糖, gdzie deuk to znów onomatopeja - ale nie tylko. 啄 to bowiem rzeźbić, ciosać dłutem - czyli mamy i onomatopeję, i sposób dzielenia masy na cukierki w jednym. W mandaryńskim ta nazwa nie przetrwała, bo ten sam znak wymawia się "zhuo", a zhuozhuo po prostu nie brzmi jak rąbanie dłutkiem o cukierek...
Wróćmy do cukierków. Zrobione są one z maltozy z dodatkami. Te tradycyjne dodatki to sezam i imbir, ale współcześnie dodaje się i inne: kokos, czekoladę, banany... Do Kunmingu ta moda chyba nie dotarła, bo jeszcze nie trafiłam na niesezamowe.
Maltozę z dodatkami trzeba długo gotować na wolnym ogniu, a zanim zgęstnieje i zastygnie, wyłożyć na coś płaskiego i gładkiego. Następnie uformować dysk - i już! Jak tylko wystygnie, dłutko w dłoń i można podzielić masę na cukierki. Dawniej dźwięk dłutka był najważniejszym dźwiękiem w życiu każdego dziecka. W sklepach nie było słodyczy, a nawet jeśli były - to kto by wydawał pieniądze na jakieś zbytki? Jedynie dla taniutkich cukierków maltozowych rodzice robili wyjątek. Jeśli zaś nie robili - i tak można się było na nie załapać. Wystaczyło zaoszczędzić pieniądze przeznaczone na skorzystanie z publicznej toalety (30 lat temu w kunmińskim starym budownictwie nie było kanalizacji), pobiec z kilkufenową monetą do "pana Dzyń Dzyń" i kupić sobie trochę radości...

2014-12-19

Legenda o Górze Kamiennego Dzwonu 石钟山的传说

W Górach Kamiennego Skarbu, tuż za Świątynią Kamiennego Dzwonu znajduje się wielki głaz, kształtem przypominający dzwon - to właśnie od niego nazwę wzięła świątynia.
Nie wszyscy jednak wiedzą, że wieki temu to nie był kamień, a prawdziwy złoty dzwon, lśniący w promieniach słońca. Koło dzwonu rosła sobie sosna, licząca tysiąc lat albo i więcej. Z ukośnej sosnowej gałęzi zwisał złoty młot, który przy każdym silniejszym powiewie wiatru uderzał o bok złotego dzwonu, wydobywając słodkozłote brzmienie: ding, ding, ding... A była ta piękna muzyka donośna nad podziw, słyszalna na wiele mil - powiadają, że można było dzwon usłyszeć nawet nad Jeziorem Erhai! Muzyka ta zaś nie tylko była piękna i słodka, ale i miała magiczną moc: przynosiła ludziom radość, odwracając od nich nieszczęścia i klęski.
Tak było i roku owego: deszcze były obfite i wiatry umiarkowane; nie groziła wioskom ani powódź, ani susza. Minęło Święto Pochodni, sadzonki ryżu zieleniły się na polach, radując oczy ludu. Nawet plewienie daje radość, gdy widzisz, jak zdrowe rośliny nagradzają Twój trud, a Tobie pozostaje tylko w radości czekać zbiorów.
To miał być kolejny obfity w plony, bogaty rok. Pewnego dnia jednak wychynęło z ziemi robactwo, pożerające liście i łodygi. W ciągu jednej nocy szkodniki ogołociły wielkie pole ryżowe; zamiast zieleniejących zbóż można było ujrzeć tylko nagą ziemię. Wieśniacy, nie w ciemię bici, poszli w góry, powykopywali korzenie trujących roślin i ugotowali z nich zupę, której zadaniem było zniszczenie robali. A bo to pierwszy raz szkodniki wchodzą ludziom w paradę? Spryskanie wywarem pól powinno wytępić robactwo, tak przecież czyniono od wieków. Choć jednak receptura była dawno znana i zawsze skuteczna, tym razem wywar nie zdołał wytruć szkodników. Cóż począć? Przypomnieli sobie całe szczęście o złotym dzwonie, który miał ratować w nieszczęściu. I faktycznie: ledwo przebrzmiał pierwszy soczysty dźwięk, a już szkodniki nie mogły się ruszyć, sparaliżowane zdychały pokotem na ziemi.
Zanim jednak zdążyli nacieszyć się tym cudem, wydarzyło się następne nieszczęście. Okazało się, że szkodniki owe powstały z sierści dziewięciogłowego smoka. Gdy zdechły, smok odczuł to jak śmierć własnych mieszków włosowych i bolało go tak, że zaczął się wiercić. Wiercąc się zaczął kombinować, cóż to mogło go wyrwać z błogiej drzemki i w końcu wykoncypował, że to z pewnością sprawka złotego dzwonu. Zazgrzytał w złości zębiskami; najchętniej rozbiłby dzwon od razu w drobny mak, serce jego pełne było złości. Dajmy jednak spokój smoczemu sercu - o wiele groźniejsze są czarnoksięskie zaklęcia, mamrotane przezeń pod nosem. Dosiadłszy czarodziejskiego wiatru, napędzanego złością, w kilka chwil zjawił się u dzwonu. Blask od dzwonu bijący poraził smocze ślepia; wpół oślepiony smok rozwarł paszczę i wypuścił z trzewi smoczy ogień. Nie przewidział jednego: że lśniąca powierzchnia dzwonu odbije płomień i uderzy w niego samego, spalając jedwabistą sierść aż do skóry. Zaklął smok siarczyście i poszedł po rozum do głowy: przecież ma dziewięć łbów, dziewięć paszcz i tym samym dziewięć strumieni ognia! Zazwyczaj jeden wystarczał, by spalić góry w równiny, by spalić żelazo na popiół, skoro jednak trafiła kosa na kamień, trzeba spróbować ciężkiej amunicji. Smok zagrał va banque: zebrał wszystkie siły, rozwarł dziewięć paszcz, bluzgnął dziewięcioma smoczymi płomieniami. Tym razem dopiął swego: zniszczył dzwon. Złoto spłynęło, pozostawiając chropowaty, spękany kamień. Smok też poniósł uszczerbek na zdrowiu: jak sparaliżowany runął na ziemię, śmiertelnie zmęczony. Wtem ujrzał na sośnie nietknięty złoty młotek. Ostatkiem sił wyczarował magiczny topór, którym ściął gałąź przedwiecznej sosny i skradł złoty młoteczek. Odtąd nie było już dane ludziom usłyszeć słodkiego brzmienia złotego dzwonu. Słońce straciło blask, księżyc skryły czarne chmury, a zarazy i klęski żywiołowe na stałe zagościły w bajskich wioskach. Młodzi tracili ukochanych, starzy - dzieci i wnuki. Zboże wyschło na wiór a oczy smuciła wizja głodu.
U stóp Gór Kamiennego Dzwonu, na jednym z shaxijskich pagórków, mieszkała para zakochanych. Chłopiec był uzdolnionym kamieniarzem, o imieniu Kamienna Fala, niespotykanie silnym - jego młot, zdolny otworzyć górę, ważył dobre trzydzieści jinów*. Młotem tym mógł ciosać skalne stopnie długie na zhang**. Wyrzeźbione przezeń kamienne lwy były jak żywe; dumnie prężyły pierś w słońcu i zbierały się do ataku.
Smykałka do pracy z kamieniem nie był jedynym talentem Kamiennej Fali; był on też sławnym na wiele li*** muzykiem. Gdy przygrywał na trójstrunnej lutni, nawet chmury spływały z nieba, by go posłuchać. Gdy dziewczęta słuchały jego gry, zaczynało je swędzieć gardło: natychmiast poczynały do wtóru śpiewać. I choć wszystkie kamelie jednako pięknieją na zboczach gór, tylko jedna z urodą podbiła serce Kamiennej Fali, a zwała się ona Kasja. Na polu przodowała pracy, hafty jej nie miały sobie równych - niemal mogłeś poczuć zapach kwiatów, bałeś się, że ptaki zaraz odfruną. Najpiękniej zaś - śpiewała. Jej głos był dla uszu tym, czym dla spragnionego gardła woda z miodem - kwintesencją słodyczy. W te dni jednak dłoń Kamiennej Fali nie sięgała po trójstrunną lutnię, a i serce dziewczęcia zbyt smutnym było, by śpiewać słodkie pieśni. Jak tu się weselić, skoro na lud spadło tak wielkie nieszczęście? Oboje ze zmartwienia stracili apetyt, a nocami wiercili się w łożach, nie mogąc zasnąć - takie to były złe czasy.
Pewnego wieczoru, a było to pod koniec siódmego miesiąca księżycowego, przewracała się Kasja z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Gdy tylko przymykała oczy, widziała wychudłego ze zgryzoty ukochanego - Kamienna Fala głowił się nad znalezieniem sposobu na dziewięciogłowego smoka; na razie nic nie wymyślił, więc ze zmartwienia schudł straszliwie; bardziej przypominał kościotrupa niż żywego człowieka. Kiedy zapiał kogut, ujrzało zaspane dziewczę białobrodego staruszka o lasce, który powolutku dokuśtykał przed jej oblicze i z uśmiechem zagaił: "Dobre dziewczę, niech smutek zniknie z Twej twarzy. Zamartwianie się nie rozpędzi burzowych chmur, tylko radość może zwyciężyć tarapaty! Razem z Kamienną Falą zbierzcie tysiąc miłujących się wzajemnie par i dialogujcie miłośnie w pieśniach. Tak jak słońce ma moc roztopienia śniegu i lodu, tak Wasze pieśni mogą zwyciężyć złe moce!". Kasja chwyciła dłoń staruszka, już miała zarzucić go gradem pytań, gdy nagle błysnęło jasne światło i staruszek zniknął. Kasja otwarła szeroko oczy, w izdebce zaczęło właśnie świtać. Ach... A więc to był tylko sen... Kasja nie zdążyła nawet się umyć i uczesać, a już pędziła do Kamiennej Fali. Spotkali się w połowie drogi, bo on też właśnie do niej zmierzał - chciał jej opowiedzieć piękny sen, w którym wyśnił, jak pokonać magię złego smoka... Gdy okazało się, że wyśnili to samo, pełni radości zaczęli śpiewać. Śpiewając chodzili od wioski do wioski, opowiadając o śnie wszystkim, którzy chcieli słuchać i zbierając zakochane pary. Trzeciego dnia były już ich setki, śwarni chłopcy z trójstrunnymi lutniami i piękne dziewoje, wyśpiewujący ile sił w płucach u stóp Gór Kamiennego Skarbu. Nieopodal kamiennego już teraz dzwonu rozpalono ogniska; śpiewali dniami i nocami, w skwar i deszcz, śpiewali jakby nie było jutra. Pijani śpiewem nie przestraszyli się wielkiej wichury, która sprawiała, że koło uszu świstały im głazy. Kamienna Fala i Kasja śpiewali: Piach i skały nie przewrócą starej sosny, wielki wiatr nie skrzywdzi Góry, zróbmy ścianę z naszych ciał, by zatrzymać zły wiatr i śpiewajmy dalej!". Śpiewali, a tysiące głosów im odpowiadały echem, śpiewali, a tłem były im ptaki i szum traw, śpiewali tak, by przekrzyczeć zły wiatr.
Gdy pokonali magiczny wiatr, zawył smok: "uciekajcie, uciekajcie szybko, uciekajcie, bo inaczej wszystkich was liźnie mój smoczy płomień!". Oni jednak nadal śpiewali, śpiewali na przekór smokowi, bez bojaźni, bez trwogi. Smok zionął ogniem... pffff! Z dziewięciu pysków poszło tylko dziewięć smużek czarnego dymu, wzbudzających raczej politowanie. Cóż to? Co się stało? Czyżby smok stracił magię? Wtedy właśnie Kasja podała Kamiennej Fali młot. Chłopak włożył w uderzenie cały swój żal i całą siłę, celował w smoczy łeb. Smok nigdy jeszcze nie doświadczył takiego bólu - zawsze dotąd chroniła go magia - dlatego... uciekł. Zwiewał w podskokach, gdzie pieprz rośnie. Choć inni już zaczęli się cieszyć, Kasja i Kamienna Fala przysięgli, że nie spoczną, dopóki nie smoka nie dogonią, nie zabiją, a jego ciała nie pokawałkują na dziesięć tysięcy kawałków. Popędzili więc za smokiem, a za nimi reszta żądnych zemsty śmiałków. Smok wiedział, że się nie wywinie, więc skoczył do wnętrza góry. Kasja i Kamienna Fala złapali smoka w ostatniej chwili... i zapadli się razem z nim pod ziemię.
Wielki smutek zaległ nad doliną. Ludzie darli włosy z głów, bili się w piersi, a ich żałobne krzyki słychać było wiele li dalej. Dlaczego para bohaterów zginęła? Dlaczego zwycięstwo trzeba było okupić tak wielkim poświęceniem? I wtedy właśnie spłynęła z nieba barwna chmura, za którą pysznił się szmaragdowy smok. Na jego grzbiecie siedzieli właśnie oni: Kasja i Kamienna Fala. Machali do zgromadzonych, jakby chcieli powiedzieć: przyjaciele, nie bójcie się już, śpiewajcie i grajcie z radością. To nie tylko da nam ukojenie, ale i pomoże odtworzyć złoty dzwon i złoty młoteczek!".
Odtąd w każdą rocznicę śmierci młodych bohaterów spotykają się Bajowie u stóp Gór Kamiennego Skarbu, nie tylko po to, by ich upamiętnić, ale też dlatego, żeby spróbować odwrócić zły czar i przywołać dawną postać złotego dzwonu****.

Obiecałam legendę o powstaniu Festiwalu Pieśni, prawda? :) Bardzo podoba mi się legenda, w której muzyka może odwrócić zło. Gdybym do tej pory nie wiedziała, dlaczego nucę od rana do wieczora, to już bym wiedziała :)

*Jin - mniej więcej pół kilograma.
**Zhang - 3,3~3,5 metra.
***Li - około pół kilometra.
****Legendę opracowałam na podstawie przekazu zawartego w książeczce "Lśniąca Perła Szlaku Końsko-Herbacianego. Shaxi" (茶马古道上的明珠沙溪).

2014-12-18

reklama społeczna

Zwróćcie uwagę na mały biały słupek po prawej. Bardzo ładnie porównuje on zderzenie czołowe dwóch wkurzonych samochodów prowadzonych po pijaku do walki byków 斗牛 :)

2014-12-17

ciągnie swój do swego

Dlaczego znalazłam sobie złośliwego, gotującego, roztrzepanego i jazzującego męża? Bo ciągnie swój do swego. Ludzie mówią, że jesteśmy 一丘之貉 yī​qiū​zhī​hé czyli jenotami z tego samego pagórka. Swoją drogą, dowiedzieć się o istnieniu jenota z przysłowia chińskiego - bezcenne.
Szkopuł w tym, że w zasadzie tego sformułowania używa się jak naszego "po jednych pieniądzach" czyli w zasadzie wyłącznie pejoratywnie. Jak jednak powiedzieć, że mamy te same wzniosłe ideały czy definicję człowieczeństwa? Że dzielimy aspiracje, zamiłowanie do sztuki i niezliczone zainteresowania?
Na to też jest przysłowie, w dodatku znajdujące się już w Księdze Przemian. Brzmi ono "rzeczy gromadzą się podług podobieństw, a ludzi rozróżnia się podług grup" 物以類聚,人以群分 i stoi za nim piękna historia.
W Okresie Walczących Królestw żył w Państwie Qi sławny uczony o imieniu Chunyu Kun. Był to człek nikczemnej postury, ale wielkiego umysłu, obdarzony przy okazji ogromnym poczuciem humoru. Wiele jest anegdotek, których autorstwo jemu właśnie się przypisuje; pewnie dlatego, że właśnie przy pomocy anegdotek, dykteryjek i legend doradzał królowi Xuanowi. Pewnie właśnie dlatego, że rady swe mieścił w tak swobodnej formie, łatwiej przekonywał króla do swoich racji, niż inni przy pomocy logiki, tłumaczeń i próśb.
Razu pewnego król ów chciał podbić sąsiednie państwo Wei. Zebrał wojsko, wcielił doń wszystkich, których mógł, dość rabunkową metodą zaopatrzył armię w pożywienie i... w zasadzie opróżnił skarbiec. Ludność nagle zbiedniała: zabrakło i rąk do pracy, i pożywienia. Niektórzy salwowali się ucieczką do sąsiednich państw.
Sytuacja ta bardzo zasmuciła Chunyu Kuna, poprosił on więc o audiencję u króla Xuana.
"Twój uniżony sługa słyszał ostatnio pewną historię i chciałby ją Waszej Wysokości opowiedzieć" - rzekł na wstępie. "O, dobrze się składa, dawno nie słyszałem żadnej Twojej historii" - odparł władca i rozsiadł się wygodnie. Chunyu Kun zaczął snuć opowieść.
"Był sobie pies o imieniu Czarny Hanzi. Był on czarny jak smoła, a biegał najszybciej ze wszystkich psów na świecie. Był też sobie królik o imieniu Wahający Dongguo, a był on najsprytniejszy ze wszystkich królików na świecie. Dnia pewnego Hanzi gonił Dongguo. Okrążyli już górę trzy razy i pięć razy wbiegli na nią i z niej zbiegli, z przodu pędził królik, a z tyłu pies. Biegli jednak coraz wolniej, bo byli coraz bardziej zmęczeni i, dotarłszy do przełęczy, obaj ledwo żyli. Wtedy zaczaił się na nich wieśniak i złapał obie sztuki całkiem bez wysiłku".
Król Xuan domyślił się, że uczony chce coś rzec między wierszami. Pyta, o co chodzi. Mędrzec odparł: "W chwili obecnej Qi i Wei są w matni; wojska obu stron są wykończone, a cierpi ludność obu krajów. Obawiam się, że Qin, Chu i inne silne państwa tylko na to czekają, jak wieśniak czekał na okazję".
Król, wysłuchawszy, stwierdził, że doradca ma rację i odwołał wojska oblegające państwo Wei. Mądry był to król. Nie odrzucał głosu rozsądku; przeciwnie, lubił wokół siebie gromadzić utalentowanych i mądrych ludzi. Nakazał więc Chunyu Kunowi przyprowadzić takich ludzi przed swoje oblicze. Następnego dnia przed królem stanęło "siedmiu wspaniałych". Król był zaskoczony: "O talenty niełatwo. Powiada się, że gdyby utalentowani ludzie trafiali się raz na tysiąc lat, to wkrótce staliby ramię przy ramieniu; gdyby raz na sto lat móc znaleźć prawdziwego mędrca, wkrótce nie mieliby gdzie stopy postawić, tak ich by było dużo. A ty twierdzisz, że w ciągu jednego dnia możesz mi pokazać siedmiu mędrców?
Mędrzec odparł: "Można na to spojrzeć i z innej strony. Wiadomo, że ptaki tego samego gatunku często razem podrywają się do lotu, jak i dzikie bestie razem przemierzają stepy. Ludzie szukający korzeni rozwaru, gdyby szukali go w stawie, nigdy by nie znaleźli. Trzeba bowiem udać się na północne zbocze Góry Liangwen, a tam będzie go pod dostatkiem. A to dlatego, że te same rzeczy często gromadzą się w jednym miejscu. Jeśli ja w sumie mogę być uznany za mędrca, to dla mnie znalezienie godnych polecenia ludzi tego samego pokroju jest tak łatwe jak zaczerpnięcie wody z Żółtej Rzeki albo skrzesanie iskry z dobrego krzemienia. Tych siedmiu to dopiero początek, mogę ci ich przyprowadzić wielu, wielu więcej!".
Odtąd często mawiano, że jak wszystkie stworzenia szukają podobnych sobie, tak i ludzie. Mędrcy przestają ze sobą wzajemnie i głupcy tak samo. Tak samo ciężko znaleźć mędrca między głupcami, jak orła wśród wróbli.

Jakże ta idea pasuje do konfucjańskiej wizji świata! Chunyu Kun nie wziął pod uwagę, że można mieć aspiracje, że można chcieć coś w swoim życiu zmienić, że można szukać towarzystwa lepszych - albo gorszych - od siebie.
A jednak im starsza jestem, tym bardziej widzę, że mędrzec ów miał rację. Można wejść między wrony i krakać jak one. Albo można pozostać słowikiem...

2014-12-16

石宝山歌会 Festiwal Pieśni w Górach Kamiennego Skarbu

W Górach Kamiennego Skarbu raz do roku odbywa się Festiwal Pieśni (石宝山歌会). Datę wyznacza się podług kalendarza księżycowego: festiwal trwa od 26 dnia siódmego miesiąca aż do pierwszego dnia miesiąca ósmego. Festiwal to lokalna tradycja bajska, związana z piękną legendą (obiecuję, że kiedyś tę legendę przytoczę), ale przybywają tu Bajowie z całego okręgu: z Jianchuanu, Eryuanu, Lijiangu, Lanpingu i wszelkich pomniejszych wiosek. Przybywają odziani w bajskie stroje ludowe, barwny potok wijący się wartko górskimi ścieżkami jak wielki smok. Dziewczęta już po drodze zaczynają rozśpiewkę, umilając czas sobie i towarzyszom podróży zaśpiewkami na bajską nutę. Chłopcy zaś prężą dumnie pierśm, chwaląc się pięknem swych trzystrunowych lutni.

Wszyscy wiedzą, że yunnańskie dzieci przychodzą na świat z talentem muzycznym i tanecznym...
Staruszkowie wierzą, że śpiew przynosi szczęście, choćby to była krótka zaśpiewka wyśpiewana podczas pracy na polu czy w kuchni. Ponoć bogowie patrzą łaskawiej na tych, którzy za piękno życia dziękują śpiewem*.

Jest więc Festiwal Pieśni okazją, by zaśpiewać tysiąc i jedną przyśpiewkę, by pieśnią obiecać coś duchom i by obietnic tych dotrzymać.
Ale na festiwal przybyli nie tylko starcy; są i ludzie, którzy całymi dniami pracują w pocie czoła, nie znajdując czasu ani okazji na wywnętrzenie się. Dla tych festiwal jest okazją, by wreszcie dać upust wszystkim uczuciom, które, niewyśpiewane, zalegają w sercu.
Są i młodzi. Młodzi zaś biorą pieśń za swatkę. Pamiętacie jeszcze, że najlepszy przyjaciel to po chińsku "rozumiejący muzykę Twojej duszy"? Yunnańskie mnieszości etniczne wzięły to sobie do serca i antyfonalnie romansują: chłopiec śpiewa wers; jeśli zrobi to wystarczająco ładnie, a dziewczęciu wpadnie do głowy cięta riposta, odpowie ona tą samą melodią ze zmienionymi słowami. Zamiast przekomarzać będą się prześpiewywać - czyż nie jest to idealny początek muzycznej znajomości? Chińczycy też zwyczaj taki znają:

Wyobrażam sobie jednak, że w niezwykle pięknych okolicznościach yunnańskiej przyrody antyfonalny podryw mógłby być piękniejszy. Za cały akompaniament służy lutnia i... liście, na których potrafi grać każdy młody Bai czy Yi. Dialogują często tradycyjne pieśni bajskie, ale nie tylko - w końcu żadna sztuka nauczyć się piosenki na pamięć. Mistrzowie duige 对歌 czyli takiego naprzemiennego śpiewu, traktują znane pieśni tylko jak podstawę, materiał do obróbki. Najważniejsze jest umieć na zawołanie zmienić tekst tak, by nie stracił rymów czy rytmu. Taki bajski freestyle battle, tylko bez zamiaru poniżenia przeciwnika, a podrywu.
Śpiewa się tak od świtu do nocy, a gdy noc zapadnie - śpiewa się dalej. Płoną pochodnie, ogniska, kto by spał, skoro można tańczyć, śpiewać, śmiać się i pić?

Tym razem ominęła mnie przyjemność sprawdzenia, jak tam jest podczas Festiwalu Pieśni; spóźniliśmy się ponad miesiąc. Poza tym, że tłoczno i głośno, byłoby sycąco muzycznie. Może kiedyś się uda tam trafić właśnie wtedy? Inna rzecz, że skoro już mam wybranka, który rozumie muzykę mojej duszy, nie powinnam może zabierać miejsca potrzebującym? :)
Poniżej kilka wyguglanych w internetach zdjęć okołofestiwalowych.

*Bis orat, qui cantat, prawda?

2014-12-15

石宝山 Góry Kamiennego Skarbu

Niedaleko Shaxi, powyżej pięknej doliny, jest pasmo górskie, które, ze względu na piękne ukształtowanie tamtejszych głazów, nazwano Górami Kamiennego Skarbu. Niektóre głazy przypominają żółwie skorupy, niektóre ułożone są na kształt śpiącego lwa, inne wyglądają jak zastygłe w bezruchu słonie czy małpy. Nie dziwota, że zachwycił się nimi najwspanialszy bodaj chiński geograf i podróżnik Xu Xiake, piszący z podziwem o "kamieniach, których powierzchnia przypomina smocze łuski". Będąc w Shaxi szkoda byłoby odpuścić przechadzkę po tych pięknie zalesionych terenach, dlatego wybrała się tam i moja Wycieczka.
Pierwszym łakomym kąskiem, jaki udało nam się tam upolować, były oczywiście słynne kamienne groty na Górze Kamiennego Dzwonu, położonej na południu Gór Kamiennego Skarbu. Dlaczego są takie słynne?
Po pierwsze: są stare. Wiadomo, że pierwsze rzeźbione wnęki powstały już za czasów Królestwa Nanzhao. Łącznie tych grot powstało 17, a wyrzeźbiono w nich 139 buddyjskich posągów. Mało tego. Jak wiadomo, w rejonie tym szczególnie popularny był bajski odłam buddyzmu wadżrajana - są więc te rzeźby ciekawym splotem tradycji bajskiej, ówczesnej chińskiej tradycji buddyjskiej i innych naleciałości. Tworzy to fascynującą i jedyną w swoim rodzaju mieszankę, która jest łakomym kąskiem dla historyków, religioznawców, historyków sztuki i etnografów, a przy okazji namacalnym dowodem na szeroko zakrojoną wymianę kulturalną nie tylko Bajów z Chińczykami, ale też z innymi krajami azjatyckimi. O tym, że płaskorzeźby w grotach są po prostu przepiękne, nie muszę nawet wspominać. Znaleźć wśród nich można bodhisattwów, monarchów, a nawet obcokrajowców (mnichów o wyraźnie niechińskich rysach twarzy). Poza tymi w sumie zwykłymi płaskorzeźbami, natrafiamy na dość wyraźny przejaw kultu kobiet - dzieło przedstawia dość realistycznie wyrzeźbioną waginę, wyniesioną na ołtarze. Dziś miejsce to jest traktowane jako jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o kulturze państw Nanzhao i Dali. Choć pod względem wielkości obiektu i ilości artefaktów są uboższe, często porównuje się je do Jaskiń Dunhuang w Gansu*.
Najchętniej obfotografowałabym każdą rzeźbę z osobna po sto razy, zachwycając się szczególikami. Zachwycać się zachwycałam, ale przy wszystkich płaskorzeźbiach widniały zakazy fotografowania. Na pamiątkę cyknęłam więc dla siebie kilka fotek; wolałabym kupić album z dobrze zrobionymi zdjęciami, ale taki niestety nie istnieje - dlatego popełniłam parę zdjęć mimo zakazu. A potem powędrowaliśmy zobaczyć, jak świątynia prezentuje się z sąsiedniego zbocza. Zresztą - dużo by mówić, ale lepiej - zobaczcie sami:
Chętnie bym tam wróciła i się jeszcze trochę po tych górach poszlajała. Ech, za dużo tych miejsc, do których bym chciała wrócić...

*北有敦蝗,南有剑川 - na północy jest Dunhuang, a na południu Jianchuan. Jianchuan to nazwa "województwa", w którym znajduje się Shaxi.

2014-12-14

Pekin oczami Terzaniego

Dzięki jednej z Czytelniczek dowiedziałam się o lekturze, która powinna być lekturą obowiązkową każdego sinofila. Mówię oczywiście o Zakazanych Wrotach Tiziano Terzaniego, których lektura... bolała.
Będę się z Wami dzielić fragmentami, które szczególnie mnie uderzyły. Na pierwszy ogień idzie Pekin.

Miasto posiadało magiczny urok. Jego czarowi nie sposób było się oprzeć. „Pekin to ostatnie na świecie schronienie tego, co nieznane i cudowne” – napisał Pierre Loti w 1900 roku. „To miasto, które budzi szacunek” – tak określił je w 1930 roku Arnold Toynbee.
W 1949 roku, kiedy Pekin zajęli komuniści, był on jeszcze miastem jedynym w swoim rodzaju: wielkim przykładem architektury, którego zniewalające piękno zdawało się stworzone po to, by żyć wiecznie. Teraz już tak nie jest.
Pekin umiera.
Zniknęły mury, zniknęły bramy, zniknęły łuki triumfalne. Zniknęła większość świątyń, pałaców i ogrodów. Pod bezlitosnymi razami kilofów, pod naporem koparek znika codziennie cząstka odwiecznego Pekinu.
Miasto straciło swój wewnętrzny porządek, mający odzwierciedlać geometrię wszechświata. Tam, gdzie kiedyś panowały harmonia i doskonałość, królują dzisiaj nieład i chaos.
– Gdy tonie Wenecja, cały świat płacze i protestuje. Gdy znika Pekin, nikt nie zwraca na to uwagi – mówi Philippe Jonathan, młody francuski urbanista, który pracuje na uniwersytecie Qinghua i prowadzi teraz prawie sam jeden kampanię „Ratujmy Pekin”. – Los tego miasta powinien zainteresować wszystkich – dodaje – ponieważ wielkość Pekinu nie jest sprawą wyłącznie chińską, dotyczy kultury całej ludzkości.
Dzieło zniszczenia trwa nadal. Rząd oświadcza, że jest zdecydowany chronić i restaurować to, co pozostało ze starej stolicy Chin, a jednocześnie Ministerstwo Kultury każe zburzyć jeden z najwspanialszych pałaców miasta, aby wybudować na jego miejscu gmach-sypialnię dla swoich urzędników. Grupa architektów stara się opracować projekt pozwalający uratować jedną z najpiękniejszych, uświęconych tradycją dzielnic Pekinu, otaczającą Wieżę Bębnów, a jednocześnie wyburza się tam w największym pośpiechu wiekowe domy i sklepy z ich fasadami z intarsjowanego drewna oraz barwionymi belkami pod szarym dachem, aby wznieść na ich miejscu nowe, szkaradne bloki z cegieł i cementu. W południowo-wschodniej części miasta cesarskiego restauruje się z przeznaczeniem na muzeum trzynastowieczne obserwatorium astronomiczne, wyposażone jeszcze we wspaniałe instrumenty wykonane przez europejskich jezuitów w siedemnastym stuleciu, a jednocześnie tuż obok rośnie szpetny wieżowiec mieszkalny, który zasłania jego widok i sprawia, że ten sędziwy, o sławnej przeszłości zabytek wydaje się mały i śmieszny. – Tak, to prawda, powinniśmy byli budować ten wieżowiec gdzie indziej – mówi Liu Keli z pekińskiego Biura Ochrony Zabytków. – Popełniliśmy błąd.
Błąd. Błędy. O dziesięciu latach rewolucji kulturalnej, kiedy to miliony młodzieży z Czerwonej Gwardii krążyły po Chinach, rozbijając, paląc, niszcząc wszystko to, co stare, mówi się teraz: „To był błąd”. Błędem nazywa się dziś także „wielki skok naprzód”, mocą którego Mao zmusił ludzi, aby rzucali do pieców odlewniczych wszelkie przedmioty z metalu – także stare wazy i posągi – w celu przerobienia ich na rondle i patelnie. Błędem było zburzenie starych murów Pekinu, błędem było zniszczenie bram miasta, jego łuków triumfalnych i świątyń.
Poczynając od 1949 roku, nieprzerwany szereg błędów sprawił, że to cudowne niegdyś miasto zamieniło się w pozbawione jakiegokolwiek uroku skupisko baraków, mieszaninę dawnych, rozpadających się teraz budowli i świeżo wzniesionych, paskudnych gmachów, pretendujących do miana nowoczesnych.
– Zniszczenie Pekinu to największa zbrodnia, jaką popełnili komuniści – mówi amerykański uczony chińskiego pochodzenia, który po trzydziestoletniej nieobecności przyjechał odwiedzić swoje rodzinne miasto i zastał je „zmasakrowane, oszpecone tak bardzo, że nie sposób go rozpoznać”.
***
W dawnych Chinach mury stanowiły coś, z czego mieszkańcy byli niesłychanie dumni. Najsurowszą karą, jaką cesarz mógł wymierzyć miastu, w którym popełniono wyjątkowo ciężką zbrodnię – na przykład ojcobójstwa – było częściowe lub całkowite zburzenie jego murów.
Mury Pekinu były najbardziej imponujące, najbardziej majestatyczne, najbardziej legendarne. Nie ośmieliła się ich naruszyć nawet ekspedycja międzynarodowa, przybyła w 1900 roku do Pekinu, aby przerwać oblężenie dzielnicy misji dyplomatycznych i ukarać Chiny za powstanie bokserów.
Komuniści nie zawahali się. Dzieło zniszczenia rozpoczęto w 1950 roku. Brygady robotnicze pracowały nocą, ponieważ obawiano się wrogiej reakcji ludności, która w burzonych murach widziała magiczną ochronę. „Czułem się wtedy tak, jakby krajano mnie na kawałki, jakby obdzierano mnie żywcem ze skóry” – napisał Liang Sicheng, najsłynniejszy chiński architekt, którego oskarżono później o prawicowość i prześladowano, póki nie zmarł w niełasce w 1973 roku.
Pomysł zburzenia murów wywołał żywą dyskusję między tymi, którzy chcieli je zachować jako „sznur pereł na szyi Pekinu”, a tymi, którzy za wszelką cenę chcieli je zniszczyć, bo były „łańcuchem na nogach stolicy” i jako taki „uniemożliwiały jej rozwój”.
***
W 1958 roku rząd polecił spisać wszystkie zabytki Pekinu o jakiejkolwiek wartości historycznej, religijnej, kulturalnej i artystycznej; powstała lista złożona z ośmiu tysięcy pozycji. Postanowiono zachować siedemdziesiąt osiem, pozostałe mogły zniknąć. Podczas rewolucji kulturalnej nie darowano także i tym siedemdziesięciu ośmiu, częściowo je niszcząc.
W 1982 roku dokonano nowego spisu celem stwierdzenia, co da się jeszcze uratować i co warto odbudować. Do wspomnianych siedemdziesięciu ośmiu zabytków dodano siedemdziesiąt. W niektórych przypadkach trzeba było odbudowywać je od podstaw – jak Bramę Desheng w północnej części miasta, zrekonstruowaną całkowicie przy użyciu cementu, ponieważ ze wspaniałej budowli ceglano-drewnianej prawie nic nie zostało.
***
Niszczono stare komnaty, zamieniając je w ohydne sypialnie. Cenne meble wyrzucano lub palono, aby ustawić na ich miejscu zwyczajne łóżka i stoły. Kamienne ogrody przekształcano w boiska do siatkówki, ulubionego sportu żołnierzy. Dwanaście z najpiękniejszych pałaców książęcych Pekinu zaadaptowano na siedziby instytucji rządowych, między innymi Ministerstwa Zdrowia, Centralnego Konserwatorium Muzycznego, pewnego wydawnictwa oraz Zarządu Działalności Kulturalnej i Widowiskowej wojska.
***
Plany miasta sprzed 1949 roku są neibu (tylko na użytek wewnętrzny), innymi słowy – tajne. – Komuniści nie chcą, aby ludzie uświadomili sobie ogrom zniszczeń – wyjaśnia mi zaprzyjaźniony intelektualista.
***
W dzisiejszym Pekinie nie istnieje ani jedna prawdziwa świątynia – taka, jakich dziesiątki widuje się w Hongkongu, w Makau lub w jakimkolwiek kraju południowowschodniej Azji, gdzie mieszkają Chińczycy; świątynia swobodnie odwiedzana, gdzie nie płaci się za wstęp, dokąd chodzi się pomodlić, zapalić bogom laseczkę kadzidła, zapytać bambusowe pręty o swoją przyszłość, porozmawiać sobie albo porozmyślać.[...] Są one po prostu miejscami rozrywki, celem niedzielnych spacerów. Nie przez przypadek zarządza nimi ten sam dział Urzędu Miejskiego Pekinu, któremu podlegają parki publiczne i ogród zoologiczny.
***
Pekin był miastem, które cechowała prywatność, miastem, gdzie życie każdej rodziny skupiało się na dziedzińcu otoczonym murami, które chroniły ją, oddzielając od reszty świata. Te „domy przy dziedzińcu” (po chińsku siheyuan, co znaczy dziedziniec łączący cztery budynki) stały szeregiem jedne obok drugich wzdłuż ulic i zaułków, tworzących na wzór szachownicy tkankę łączną miasta. Ulic było około trzech tysięcy, a zaułków – hutong, jak zwą je pekińczycy – „tyle, ile jest włosów w sierści bawoła”.
Owych „domów przy dziedzińcu”, charakterystycznych dla architektury Chin Północnych poczynając od XII wieku, były dziesiątki tysięcy. Na zewnątrz niewielkie, pomalowane na czerwono drewniane drzwi, z kamiennymi rzeźbami po obu stronach, odcinające się na tle jednostajnej szarzyzny murów hutongu. Wewnątrz, za ustawionym naprzeciw wejścia murkiem, który zagradzał drogę złym duchom, poruszającym się wyłącznie w linii prostej, delikatna harmonia czterech niskich, jednopiętrowych budynków: czerwono-zielona fasada, dach z szarych, wygiętych dachówek, okna z białego papieru, osadzonego w powycinanych w geometryczne desenie, drewnianych ramkach. Pośrodku dziedzińca drzewo. Za pierwszym dziedzińcem drugi, potem jeszcze jeden, i jeszcze, zależnie od zamożności rodziny. Siheyuan był oazą prywatności, schronieniem indywidualizmu, który nowy reżim musiał zwalczyć, aby naprawdę zawładnąć Pekinem.
W 1966 roku Mao spuścił ze smyczy Czerwoną Gwardię, powierzając jej, obok innych, także i to zadanie. „Ten dom jest dla was za duży. Waszej rodzinie wystarczy w zupełności jeden pokój; pozostałe mają służyć ludowi” – mówili młodzi aktywiści. Powtarzali zawsze to samo, zawsze z takim samym rezultatem. Bandy młodzieży z czerwoną opaską na rękawie (nosić ją mieli prawo jedynie synowie i córki robotników, chłopów oraz wojskowych), a za nimi tłumy ludzi, wdzierały się do „domów przy dziedzińcu”, aby inscenizować „procesy ludowe” przeciw właścicielom i członkom ich rodzin. Domy opróżniano, konfiskowano majątek. Ładowano na ciężarówki i wywożono stare, antykwarycznej wartości meble, obrazy, porcelanowe wazony, ubrania, biżuterię, zbiory książek i rodzinne albumy. Resztę wyrzucano na dziedziniec, rozbijano i palono. Każdy dom zamieniał się w pole bitwy; bito ludzi do krwi, często zabijano. Procesy trwały niekiedy długie dni. W obawie o to, co zdarzy się jutro, wielu wolało zniszczyć swoją własność, sprzedać swoje biblioteki na kilogramy jako papier pakowy lub popełnić samobójstwo. Po zakończeniu procesu przybyłe spoza Pekinu albo z zatłoczonych kwater przyfabrycznych rodziny umieszczano w „domach przy dziedzińcu” obok dawnych właścicieli, którzy stawali się nagle ubodzy i zdesperowani jak wszyscy. Tam, gdzie przedtem mieszkała jedna rodzina, znalazło się ich pięć, czasem dziesięć. Zajmowały każdy kąt, ścinały drzewa, majstrowały sobie budy służące za kuchnie i komórki. Czerwona Gwardia wykonała swoje zadanie skrupulatnie, dom za domem, zaułek za zaułkiem. Nowy reżim przeniknął w ten sposób do serca stolicy.
Dzisiaj nie ma już ani jednej ulicy, która zachowałaby tę skromną elegancję dawnego Pekinu, to milczące piękno długich, szarych murów okraszonych miejscami lśniącą czerwienią drzwi, drżącym listowiem drzew pomiędzy wygięciami dachów, pod którymi obdarzeni niezwykłą siłą ludzie przez wieki utrzymywali przy życiu wspaniałą cywilizację. Nie istnieje już ani jeden dziedziniec nacechowany wyrafinowaną atmosferą, dokąd uczony zapraszał swoich przyjaciół, aby cieszyć się z nimi rozkwitaniem chryzantem i spędzać noce na pisaniu wierszy dla księżyca.
– Świątynie i pałace stanowiły wyjątkowy aspekt tego miasta, ich zniszczenie oznacza ogromną stratę – mówi jeden z chińskich historyków – lecz to, co Pekin naprawdę zabiło, to zniszczenie codzienności, „domu przy dziedzińcu”.
Zaułki hutong wyglądają teraz nędznie, brudno, nieporządnie. „Domy przy dziedzińcu” – ongiś wzór pełnej spokoju harmonii – zamieniły się w zrujnowane, chaotyczne obozowiska, w meandry baraków. Ludzie stłoczeni na tych kilku metrach ubitej ziemi, które pozostały jeszcze wolne na dziedzińcach, gotują tam, myją się, pracują i bawią z dziećmi wśród rozstawionych w nieładzie rowerów, kuchenek, stosów cegieł i węgla, nad którymi suszy się porozwieszana bielizna. Nad odrapanymi wejściami do wielu „domów przy dziedzińcu” – nikt nie troszczy się już o to, aby je odmalować – widnieją jeszcze stare slogany: „Socjalistyczny dziedziniec to szczęście”. Na innych ścianach wypisano hasła nowsze i bardziej realistyczne: „Załóż kłódkę na rower i uważaj na złodziei”. [...] Rewolucja kulturalna odbyła się w latach sześćdziesiątych, ale starzy mieszkańcy „domów przy dziedzińcu” nadal uważają nowych lokatorów za intruzów, zaś ci ostatni widzą jeszcze w dawnych właścicielach „wrogów klasowych”, których słusznie wywłaszczono. W dalszym ciągu jedni podejrzewają drugich, ludzie mówią szeptem nawet w gronie rodziny, z obawy, że zostaną podsłuchani i ewentualnie zadenuncjowani przez sąsiadów. Pewien cudzoziemiec chciał podarować kurczaka choremu chińskiemu przyjacielowi, ale ten odmówił, tłumacząc, że gdyby na dziedzińcu rozszedł się zapach pieczonego drobiu, inni lokatorzy zasypaliby go pytaniami i donieśli władzom o jego „nielegalnych kontaktach”.
***
Reaktywowano również operę pekińską, zapewniającą najbardziej popularną w Chinach Północnych formę rozrywki, a podczas rewolucji kulturalnej w praktyce nieistniejącą. Nie jest teraz ona jednak tym, czym dawniej była, i nigdy ma już taka nie być. Opera pekińska ze swoim bogatym repertuarem (około dwóch tysięcy sztuk) była przez prawie tysiąc lat najważniejszym „pasem transmisyjnym” chińskiej kultury ludowej. Od wędrownych trup aktorskich, występujących podczas świąt religijnych lub na jarmarkach, Chińczycy uczyli się swojej historii, swojej literatury, przyswajali sobie poezję. Ta forma sztuki odzwierciedlała oczywiście feudalizm i wywierała wpływ na światopogląd widzów. Dlatego po 1949 roku komuniści uznali za konieczne ustanowić nad nią kontrolę. Zredukowali przede wszystkim repertuar, ograniczając go do około tuzina oper. Nie można było rzecz jasna wystawiać sztuk, w których szlachta i urzędnicy starego reżimu
występowali na scenie w pozytywnych rolach, kiedy w rzeczywistości tysiące właścicieli ziemskich i im podobnych stawiano przed sądami ludowymi, oskarżano o wszelkie możliwe zbrodnie i najczęściej wysyłano przed oblicze Stwórcy strzałem w tył głowy. Ostateczny szturm na operę pekińską przypuszczono podczas rewolucji kulturalnej: aktorzy zostali wtedy uwięzieni albo wysłani do obozów reedukacji przez pracę.
W ciągu ostatnich trzech lat opera pekińska – nie tylko ona zresztą – została ponownie odkryta. Jednak pod pretekstem, że w swoim dawnym kształcie nie może podobać się dzisiejszej młodzieży, „zmodernizowano” ją i w konsekwencji „zamordowano” – według określenia pewnej zagranicznej badaczki tej starej formy sztuki chińskiej. Tradycyjne tematy dostosowano do aktualnej linii politycznej. Wyeliminowano duchy i zjawy, ponieważ „nie są rzeczywiste, stanowią tylko wytwór przesądu”. Oglądani na scenie cesarze i mandaryni nie mogą mieć więcej niż po jednej żonie, ponieważ bigamia jest nielegalna, zaś młodzieniec, który w oryginalnym tekście śpiewał: „Mam lat dwadzieścia i nie mam jeszcze żony”, śpiewa teraz „Mam lat trzydzieści...”, bo zdaniem partii w takim właśnie wieku należy się żenić.
***
W dawnej dzielnicy handlowej śródmieścia małe przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w sprzedaży lub w wytwarzaniu pewnych artykułów skupiały się przy poszczególnych ulicach. Były tam więc zaułki Nefrytu, Lampionów, Jedwabnych kwiatów, Futer, Kapeluszy, Trumien. Niektóre z tych ulic istnieją jeszcze i zachowały nawet tradycyjne nazwy, ale po sklepach i warsztatach nie ma już śladu.
Małe firmy, których właściciele wstawali co rano z całą rodziną, zastanawiając się, jak sobie radzić dalej, jak wykonać określoną pracę i zrównoważyć przychód z rozchodem, zespolono w wielkie przedsiębiorstwa państwowe, gdzie ludzie wykonują bezosobowo i bez żadnego zaangażowania swoje zadania w ramach działalności kolektywnej.
***
Niektórym rodzinom, zrehabilitowanym po powrocie do władzy Deng Xiaopinga, zwrócono część zagarniętego mienia, ale dzisiaj nikt nie wie już, co z taką starzyzną robić. Ludzie nie mają na nią miejsca w małych mieszkaniach, młodzieży się nie podoba. Jedynym rozwiązaniem jest sprzedaż, ale nie w drodze prywatnej transakcji – to jest zabronione. Wolno za to odstąpić swoją własność państwu za ułamek sumy, za którą sprzeda ją ono potem cudzoziemcom w upoważnionych sklepach.
***
Przeciętni Chińczycy nie mają w praktyce dostępu do wielu miejsc w Pekinie, dobrze znanych cudzoziemcom przyjeżdżającym tam nawet na bardzo krótko. Chodzi między innymi o hotele, restauracje i najlepsze sklepy.
– Dawniej wstęp był wzbroniony psom i Chińczykom, a teraz tylko Chińczykom – zauważył parę lat temu mój amerykański znajomy chińskiego pochodzenia. Poszliśmy wtedy do Pawilonu Modłów o Urodzaj (na użytek turystów zrobiono z niego dziś sklep Marco Polo) w parku Świątyni Nieba. Mój znajomy miał na sobie niebieskie spodnie i robotniczą kurtkę; wzięto go za kogoś miejscowego i brutalnie wyrzucono za drzwi.
***
– Chiny są jeszcze ubogie. Gdybyśmy musieli żyć tak, jak wszyscy inni, nie moglibyśmy należycie pracować – wyjaśnił mi raz wysoki urzędnik państwowy, kiedy chcąc sprawdzić posiadane informacje, sporządzałem listę wszystkich jego przywilejów.
***
Osiemnastego października 1982 roku uroczyście obchodzono w Zakazanym Mieście sto dwudziestą drugą rocznicę zdewastowania starego Pałacu Letniego (Yuanmingyuan) przez wojska angielskie i francuskie pod koniec drugiej wojny opiumowej. [...] Zniszczenie zabytku, z którego nie zachowały się nawet fundamenty, stanowi niewątpliwie straszliwy przykład zemsty cudzoziemców na Chinach. Tyle tylko, że nie można mówić o tym pałacu, nie wspominając, że zbudowali go w dużej części Europejczycy, wśród których był włoski jezuita Giuseppe Castiglione. Nie wolno też przemilczać, że budowlę ograbiono i spalono, ponieważ Chińczycy torturowali przedtem i zabili parlamentariuszy, którzy z białą flagą udali się do nich na rozmowy. Ten fakt w Chinach chętnie się pomija, nie uwzględniono go też w powstałym niedawno filmie, w którym cudzoziemcy odgrywają tę samą rolę, co Niemcy w powojennych filmach amerykańskich. W każdym razie idiotyczne jest twierdzenie, że ów epizod dowodzi właściwej cudzoziemcom woli zniszczenia chińskiej cywilizacji.
Zniszczenie starego Pekinu z jego murami, świątyniami, pałacami, ogrodami
i domami to tragedia, którą Chińczycy urzeczywistnili własnymi rękami, bez żadnej pomocy ze strony podejrzanych „obcych”.

Dużo tego wyszło. To dlatego, że czytając miałam przed oczami nie prawie obcy mi Pekin, a Kunming. Mury miejskie zburzone dłońmi młodzieży - na rozkaz czerwonogwardzistów maczał w tym palce i mój świekr, nienawidzący tamtego kawałka swojego życia. Zburzone paifangi, że niby trzeba poszerzyć drogi i usprawnić komunikację. Po latach stawianie podróbek owych paifangów w każdym możliwym miejscu - jak Szmaragdowy Kogut i Złoty Koń chociażby. Zniszczone w zasadzie całe stare miasto. U nas też są jeszcze stare nazwy ulic - Bankowa, Kowalska... Oczywiście o dawnych "cechach" nikt już nie pamięta. Tak samo, jak w Pekinie, ludzie musieli się pozbyć staroci. Świekr opowiadał o szachach z kości słoniowej, sztućcach zdobionych masą perłową, jedwabnych wachlarzach, mahoniowych meblach... Wszystko rozkradzione, wyprzedane, spalone, zanim przyszli czerwonogwardziści. Bieda - nie tylko zwykły głód, ale i głód piękna, z którego Mao obdzierał chiński świat. Tyle wspaniałości jest już nie do odtworzenia, tyle pięknej kultury, tyle piękna!...
Tak. Chińczycy mogą sobie nienawidzić ludzi Zachodu czy Japończyków, ale prawda jest taka, że sami sobie zgotowali ten los. Sami sprawili, że są teraz kojarzeni głównie z malwersacjami, charkaniem na ziemię i śmierdzącymi toaletami. Chiny są żywym dowodem na to, że gorszy pieniądz wypiera lepszy.
A ja... Ja kocham te Chiny, które widzę oczyma duszy mojej. Kocham kulturę herbaty, o której większość współczesnych Chińczyków ma pojęcie co najwyżej blade. Kocham poezję. Kocham przysłowia. Kocham kulturę kulinarną. Kocham tradycyjne parki i architekturę. Każdą komórką ciała marzę o tym, żeby przenieść się choć na chwilę o jakieś sto lat wstecz.
Chiny moich snów i Chiny prawdziwe różnią się jak ogień i woda. Od czasu, o którym pisał Terzani, wszystko zmieniło się na jeszcze gorsze. Jeszcze więcej piękna udało się zniszczyć, jeszcze większe buraki siedzą na najwyższych stołkach. Moja miłość do Chin jest miłością nieodwzajemnioną, niespełnioną, wzdychaniem nastolatki do księcia na białym koniu. Ale - będę nadal szukać wątłych nici piękna, smaków krajobrazów, w nadziei, że życia mi na to nie starczy.

2014-12-13

Kimchijeon - placek z kimchi

Odkąd robię własne kimchi, dużo łatwiej przychodzi mi wykorzystanie go nie wprost, jako przystawki, a jako składnik różnych potraw. Kiedy kupowałam kimchi w maleńkich saszetkach, nie do pomyślenia było dla mnie marnowanie go na placki i inne takie. A teraz - zakochuję ZB w kolejnych daniach kuchni koreańskotajfunowej. Dziś jako przystawka do kolacji - placek z kimchi. Receptura jest wypadkową dziesiątków przepisów internetowych, a przede wszystkim - dostosowana do naszych, polskoyunnańskich, smaków.

Składniki:
*solidna łycha posiekanego kimchi
*ze dwie łyżki sosu z kimchi
*cebula/cebulka, posiekana drobno - ja daję po prostu tyle, ile mam w domu :)
*ewentualnie sól, cukier, pieprz
*składniki na ciasto: mąka, jajko, woda, w proporcjach takich, żeby było bardzo gęste - zostanie rozrzedzone sosem z kimchi.

Wykonanie:
1) z mąki, jajka, szczypty soli i odrobiny wody zrobić gęste ciasto.
2) dodać resztę składników. Jeśli ciasto będzie zbyt rzadkie - dodać trochę mąki.
3) na płaskiej patelni rozgrzać tłuszcz, wlać ciasto, równomiernie rozprowadzić po całej patelni.
4) gdy z jednej strony będzie już obsmażone, przewrócić na drugą stronę i po chwili zmniejszyć ogień.
5) Smażyć ze dwie minuty, aż zapachnie, a resztki mąki zniesurowieją.

W tej wersji jemy placek najczęściej. Jeśli ma robić za danie główne, dodajemy mięso mielone, posiekane drobno warzywa, rozdrobnione tofu itd. Jednak w tajemnicy muszę powiedzieć, że nawet będąc zagorzałym mięsożercą, akurat placek kimchi traktuję jak pizzę - uważam, że im mniej składników, tym lepszy... Już nie mówiąc o tym, że wtedy najbardziej przypomina on domowy, ludowy koreański placek, robiony mi w dawnych czasach przez znajomych Koreańczyków. Czasem jednak, jak dzisiaj, ostatnia, wygrzebana ze słoika resztka kimchi to było za mało - pododawałam więc różne warzywa pokrojone w zapałkę - i też było pyszne.

2014-12-12

podróżnik kontra kulturoznawca

Nie lubię podróżować. Wszyscy to wiedzą. Lubię siedzieć w jednym miejscu i wchodzić głębiej. Jechać gdzieś na krócej niż miesiąc, to dla mnie jak lizanie cukierka przez szybę - zobaczę, że coś jest fajne, ale nie starczy mi czasu, by to poznać i zrozumieć. Oczywiście, ze względu na ograniczenia czasowo-finansowo-wszelkieinne, nie wszystko mogę poznawać tak, jak chcę i lubię - i doskonale rozumiem nastawienie: "lepiej pojechać gdzieś na dwa dni, niż cały czas siedzieć w domu i narzekać, że się nic nie widziało". Ba! Ja nawet nie mam nic przeciwko takiemu nastawieniu. Pod jednym warunkiem: że osoba, która pojechała gdzieś na dwa dni, tydzień, miesiąc, nie próbuje wydać książki o tym, jak to ludzie tam żyją. Może napisać o własnych przemyśleniach, odczuciach - proszę bardzo. Ale niech zrobi przysługę sobie i innym i nie zaśmieca mózgów przyszłych czytelników nierzetelnymi informacjami.
Mieszkam w Chinach od paru lat. Wielu rzeczy nie wiem, wielu się nigdy nie dowiem. Piszę blog. Czasem wracam do starych postów i je odświeżam - bo znajduję w nich informacje, które były adekwatne do mojego ówczesnego stanu wiedzy, ale dzisiaj już wiem, że są nieprawdziwe/niedokładne. Wiele rzeczy wiem dlatego, że czytam i sprawdzam. Wiele ze studiów, bo tak się złożyło, że ukończyłam kulturoznawstwo dalekowschodnie. Bodaj najwięcej dlatego, że nie tylko tu żyję, ale - przede wszystkim - mam kogo zapytać. Czy podróżnik, który był w Yunnanie tydzień czy miesiąc jest w stanie nauczyć mnie czegoś nowego? Cóż. Może pokazać mi piękne zdjęcia, jakich ja, z braku talentu, nigdy nie zrobię. Może pojechać w miejsce, w którym nigdy jeszcze nie byłam - a jest takich miejsc w samym Yunnanie jeszcze sporo. Poza tymi dwoma punktami zapewne mnie po prostu zirytuje - bo okaże się, że WIE, jak tu jest i WIE, jakie są tu zwyczaje, chociaż cały krótki pobyt spędził na specjalnych prawach - jako obcy, który w dodatku nie zna lokalnego języka. Ta osoba będzie później pisać, że do kanonu dobrego wychowania w Chinach należy bekanie po posiłkach i spluwanie na podłogę. Ech...
Jeden z Wycieczkowiczów podzielił się ze mną "wiedzą" z przewodnika (niestety, zapomniałam zapytać o autora, a szkoda, bo chętnie bym go napiętnowała), że w Chinach w trakcie posiłku można przez cudze miseczki sięgać do półmisków.
Nie można.
Tak naprawdę to powinno wystarczyć: nie i już. Ale mogę dodać obudowę: gdyby Chińczycy uważali, że to jest w porządku, toby nie wymyślili okrągłych obrotowych blatów, dzięki którym każdy bez wysiłku i nie zakłócając posiłku drugiemu człowiekowi może sięgnąć bezpośrednio do właściwego półmiska. Ale to nadal może nie starczyć, bo przecież "było napisane". Dobrze. To może tak: zapytałam 40 znajomych Chińczyków, czy sięgnęliby do półmiska przez miseczkę drugiego człowieka. Tylko piątka odparła, że tak, ale obwarowali to zastrzeżeniem, że musi być to posiłek w gronie bardzo dobrych znajomych czy rodziny, a wyciągnięcie łapy nad cudzą miseczką powinno zostać poprzedzone słowem "przepraszam". Trzy osoby z tej piątki to mieszkańcy wsi.
Oczywiście, czterdziestu Chińczyków to nie jest grupa reprezentatywna. Zwłaszcza moi znajomi - bo większość z nich jest dość dobrze wychowana. I w znaczeniu chińskim, i tym europejskim. Ale to nawet nie o to chodzi. Chodzi o to, że od tego typu "prawd" roi się w przewodnikach, wspomnieniach z podróży i reportażach. Każdy kulturoznawca dalekowschodni, który miał okazję zetknąć się z dobrze wychowanymi ludźmi, każdy, który zadał sobie trud wyszukania w książkach czy nawet w internecie informacji o chińskim savoir-vivrze, uśmiechnie się nad tymi słowami z politowaniem. Będzie wiedział, że jeśli faktycznie sięgnie po coś ponad cudzą miseczką, dobrze wychowany Chińczyk nie zwróci mu wprawdzie uwagi, ale go będzie miał za wieśniaka. Będzie też potrafił obserwując właśnie to jedno zachowanie powiedzieć kilka słów o kindersztubie uczestników wspólnego posiłku. Za to zwykły, przeciętny turysta przyjedzie do Chin, wejdzie do knajpy, przyjrzy się uważnie i stwierdzi, że to musi być prawda, bo większość Chińczyków tak właśnie robi.
Cóż. Dużo Polaków publicznie dłubie w nosie i śmierdzi w komunikacji miejskiej, ale byśmy się obrazili, gdyby ktoś napisał, że w Polsce śmierdzenie w autobusie i dłubanie w nosie należy do dobrego tonu, prawda?
No właśnie.
Wyobraźmy sobie Chińczyka, który przyjeżdża do Polski na Wigilię, nie znając języka polskiego i bez odrobiny wiedzy kulturoznawczej. Pisze później reportaż: Polacy mają okropne braki w wykształceniu: nie wiedzą, że ryby to zwierzęta. Sami mówią, że zgodnie z ich tradycją w Wigilię nie je się mięsa, ale jedzą ryby. Trzeba jednak przyznać, że nawet przedmioty martwe traktują z dużą czułością i troską: żeby talerzom było miękko, podkładają pod nie siano...
Czytając większość reportaży o Chinach, książek tych Wielkich Znawców, którzy nie znają nawet języka, ale Wszystko Wiedzą, zastanawiam się, jak uniknąć pułapki. Sama wielu rzeczy nie wiem - staram się cały czas pilnie uczyć. Mylę się - szukam lepszej, bardziej poprawnej odpowiedzi. Ale przecież nie mogę przed wyjazdem do Malezji, Iranu, Tajlandii nauczyć się kolejnego języka, dowiedzieć wszystkiego, czego dowiedzieć się powinnam. Muszę zaufać komuś, kto to zrobił przede mną, zamiast mnie. Ale przecież nie wybiorę relacji "podróżnika". Bo skoro wiem, jaki był nierzetelny w temacie Chin, to przecież nie zaufam, że napisał coś mądrzejszego akurat o Wietnamie...
Oczywiście nadal będę podczytywać przewodniki, reportaże i książki o Chinach. Zdarzają się przecież perełki, a nawet najbardziej zadufanym w sobie autorom wypsną się niechcący ze dwa ciekawe zdania. Poza tym - są całe szczęście i ludzie, którzy piszą tylko o swoich wrażeniach i przemyśleniach, a nie o tym "jak Tam jest i jacy Oni są"...
A całe to marudzenie to efekt lektury tego wywiadu.

2014-12-11

吃饭克!

Jestem łakomczuchem. Dlatego bardzo do mnie przemówiła kunmińska koszulka
Patrzcie, jak pięknie buzia chłopczyka i jego lody ułożyły się w znaczek 吃 czyli jeść!
Skąd wiem, że koszulka jest kunmińska? Ha! Jeszcze parę lat temu nie zrozumiałabym napisu. Dla kogoś obeznanego tylko z mandaryńskim znaki te są zrozumiałe, każdy z osobna jest przecież prosty. Chi fan 吃饭 to jeść posiłek. Ke 克 to... no właśnie. Ke to m.in. to be able to / to subdue / to restrain / to overcome / gram / Tibetan unit of land area, about 6 ares / Ke (c. 2000 BC), seventh of the legendary Flame Emperors. W zbitkach rozmaitych ma znaczeń jeszcze więcej. Ale w dialekcie kunmińskim ke znaczy to samo, co w mandaryńskim - qu 去 czyli iść. Chifan ke! znaczy więc po prostu iść coś zjeść...

2014-12-10

Elephantus Trąbalicus

Od kiedy Mama nauczyła się posługiwać internetem, często zaczyna dzień od kawy i nowego wpisu na moim blogu. Dzięki temu wie, co u mnie słychać, co dobrego upichciłam, gdzie byłam, co robiłam... Kolejne blogonotki rzadko piszę na kolanie; kiedy mam czas, piszę ich parę dziennie, a potem przez tydzień czy dwa nie zaglądam w ogóle do szkiców. Całe szczęście w bloggerze jest możliwość ustawienia czasu publikacji, inaczej całe to "regularne blogowanie" by diabli wzięli.
Ostatnio Mamę cieszą specjalnie wpisy z wycieczki, którą odbyłyśmy wspólnie. Czyta, ogląda zdjęcia; niektóre miejsca pamięta, niektóre wyleciały Jej z głowy, a dzięki blogowi sobie o nich przypomina. Czyta, czyta, czyta... i pewnego dnia, po jakimś wyjątkowo bogatym w informacje wpisie pyta: "skąd Ty to wszystko wiesz?!".

Nie wiem.

Właśnie dlatego, że nie wiem, piszę blog. Tak, tak, część wpisów to po prostu pojedyncze zdjęcia - ułamki życia, które mnie zauroczyły czy zadziwiły, część jest o d... Maryni, część to wirtualne łasuchowanie po mojej kuchni czy szafce z herbatami. Ale są też tłumaczenia, zdjęcia z wycieczek z opisem, ciekawostki kulturowe i inne takie. Tłumaczę przede wszystkim dla siebie - skoro już i tak muszę szukać synonimów i dziwnych słówek w internetowych słownikach, to równie dobrze mogę cały tekst umieścić na blogu, prawda? Tym bardziej, że, ku mojemu wielkiemu ubolewaniu, żadne wydawnictwo nie chce mnie zatrudnić jako tłumacza chińskiej literatury. Ciekawostki kulturowe to czasem moje przygody, czasem opowieści znajomych Chińczyków, czasem kuriozalne dialogi z moim najukochańszym mężem, ale w dużej części - jest to efekt moich długotrwałych poszukiwań. Czasem ktoś zada mi jakieś pytanie, a ja szukam odpowiedzi w książkach i w necie. Często, za często trafiam na rzeczy nowe i tajemnicze, które muszę następnie "zbadać". Szukam literatury, chińskich blogów czy artykułów, czepiam się każdego strzępka informacji. Niektóre wpisy rodzą się w bólach - czasem oddzielam ziarno od plew ładnych parę dni (tygodni, miesięcy...). Kiedy już wpis zostanie ukończony, chętnie się dzielę moją świeżo nabytą wiedzą. Z Wami i... z samą sobą. Nauczona doświadczeniem zdaję sobie sprawę, że zapomnę. Cierpię na nieuleczalną odmianę Słonia Trąbalskiego. Zapominam szybko - po tygodniu, miesiącu, roku - zależy od tego, jak głęboko dany temat wszedł mi w serce albo zalazł za skórę. Zapominam przeczytane książki, zapominam gigabajty danych, zapominam o wszystkich swoich "zawsze" i "nigdy", nie pamiętam, gdzie szukać informacji. Dziwię się, że w ogóle przeszłam przez liceum i studia; żałuję, że prawie nic z nich nie pamiętam. O ile jednak wiedzę licealną uzupełni wikipedia, a tę zdobytą na studiach stosunkowo łatwo odświeżyć sobie przy pomocy odpowiedniej lektury, o tyle te moje rozmaite chińszczyzny są trudne do odtworzenia. No chyba, że je zapiszę.
I potem zdarza się tak, że ktoś coś mówi, ja wiem, że obiło mi się o uszy, ale kompletnie nie pamiętam, o co chodziło, wrzucam hasło w wyszukiwarkę i... wyskakuje mój własny, osobisty blog. Czyli już o tym słyszałam, już o tym WIEDZIAŁAM, ale - zapomniałam. Nie pamiętam dat, nie pamiętam miejsc, nie pamiętam znaków szczególnych - ale jeśli coś napiszę i umieszczę w sieci, to nie zginie. Kiedy powstała świątynia Yuantong? Pojęcia bladego nie mam. Byłam tam ze dwadzieścia razy, potrafię przywołać obraz, ale nie wiem o niej nic. Dobrze, że mój blog jest mądrzejszy. Z czyjej inicjatywy powstała Yunnańska Akademia Wojskowa? Cholera wie. Cholera - i mój blog...
Blog nie powstaje dlatego, że wiem, a dlatego, że nie wiem - a kiedy już się dowiem, nie chcę tego głupio stracić. Zamiast potężnego segregatora z alfabetycznie uporządkowanymi hasłami i setkami odnośników, mam blog. A to, że jest publiczny, a nie prywatny - to z dobrego serca. A nuż się komuś te informacje przydadzą?

2014-12-09

Świątynia Xingjiao w Shaxi 沙溪兴教寺

Naprzeciwko teatralnej sceny w Shaxi znajduje się wejście do buddyjskiego kompleksu świątynnego - jest to świątynia Xingjiao. Właściwie to nie kompleks, a maleńkie kompleksiątko, z paroma na krzyż budynkami, niewysokimi, bo głównie drewnianymi i z biletami wejściowymi*.
Świątynia ta została zbudowana za czasów dynastii Ming, w 1415 roku. Jedyne, co z czasów mingowskich pozostało to piękne freski, które właśnie są pomalutku odnawiane oraz ogólna budowa kompleksu i struktura budynków, która, choć w ogólnym założeniu jest typowo mingowska, szczegółami odpowiada raczej tradycji bajskiej. Co ciekawe, jedna z postaci ujętych na freskach, posiadająca liczne atrybuty Siakjamuniego, ma również atrybuty kobiece! Cóż, nawet jeśli Kopernik nie była kobietą, może dla odmiany Budda nią był? Jest to bodaj jedyny żeński Budda na świecie - wart zobaczenia.
Ciekawy jest odłam buddyzmu, który się w tej świątyni czci. Jest to bowiem bajska wersja tradycji sekretnej mantry, najlepiej znanej i najczęstszej u Tybetańczyków, a u Chińczyków etnicznych - bardzo rzadkiej. Mnisi tego odłamu przybyli w okolice Dali już za czasów dynastii Tang. W owym czasie Sześciu Wodzów** jeszcze nie zjednoczyło się w jedno państwo Nanzhao; między szczepami krążyli mnisi, nawracając wytrwale wodzów i ich ludy. Dzięki wiedzy niedostępnej wówczas owym ludom pomagali im - ponoć sprowadzali deszcz, modlili się o słońce, potrafili znajdować wodę w ziemi itd. Pewnie właśnie dlatego wielu mnichów otrzymało wysokie pozycje na dworze, doradzając Królowi Yunnanu nawet w kwestiach politycznych, gdy państwo Nanzhao już powstało. W późniejszych walkach Nanzhao z całym światem mnisi też chętnie pomagali. Z czasem wrośli w krajobraz. Kontakty mieli szerokie - dzięki ożywionemu handlowi Nanzhao z Tangami, mogli się porozumieć z chińskimi mnichami wadżrajany. Co ciekawe, ponoć będąc mistrzami wadżrajany, jednocześnie pilnie studiowali... księgi konfucjańskie! Tak, tak. Kiedy w Yunnanie... ups, w Nanzhao, a potem w Państwie Dali zaczęto wdrażać system wzorowany na systemie cesarskich egzaminów, wyłaniający przyszłych urzędników, to właśnie między mnichami, znającymi konfucjańskie reguły, szukano najlepszych kandydatów.
Za czasów mongolskich Yunnan zaczęła zalewać fala buddystów chan, a "azhali", jak nazywano naszych mistrzów, zeszli do podziemia. No, może nie do podziemia - wysocy rangą mnisi nadal zajmowali wysokie pozycje i mieli dostęp do najważniejszych ludzi w Yunnanie, ale sam odłam zdecydowanie stracił na popularności. Później bywało różnie - mnisi ukrywali się jak przyczajony tygrys i ukryty smok; zasłynęli złą sławą czarnoksiężników, którzy potrafią sprowadzić śmierć zaklęciem itp. Mingowie nie lubili całej tej wadżrajany i cesarskim dekretem zabroniono wchodzenia na tę ścieżkę. Jednak yunnańskich azhali zostawili (o dziwo!) w spokoju, uznając ich zapewne za reprezentantów nieszkodliwej lokalnej religii. Takim to sposobem w niepozornym Shaxi powstała świątynia, która była siedzibą tutejszych Aćarjów czyli mistrzów. Przez wieki opiekowali się świątynią i okoliczną ludnością; stanowili elitę. Za Qingów podupadli, a po dojściu komunistów do władzy zabroniono wyznawania buddyzmu tej odmiany. Aćarjowie powymierali, skarby świątynne rozkradziono; całe szczęście żadnemu czerwonogwardziście nie wpadło do głowy, żeby zniszczyć doszczętnie freski.
Od 2006 roku świątynia w Shaxi znajduje się na liście obiektów będących pod oficjalną rządową opieką. Prace są mozolne; pewnych spraw nie da się odwrócić, a budynki świątynne są zdrowo ogołocone. Ale na pustych ścianach drewnianych budynków i na dziedzińcach ustawiono postery informujące o pracach renowacyjnych, o powolnym odradzaniu kultu pod przywództwem azhali, o świętach hucznie tu obchodzonych, o mieszkańcach i historii Shaxi... A na dziedzińcach trzechsetletnie drzewa, kamienne ścieżki i... niestety cisza. Mało kto się tu przychodzi modlić, świątynia nie żyje, jest to tylko muzeum.
Świątynia Xingjiao to znaczy Świątynia Rozkwitającej Nauki. Dziś jest to raczej więdnięcie - choć, jeśli restauracja Shaxi będzie przebiegać tak pięknie, jak do tej pory, może za parę lat świątynia będzie znów kwitła? Życzę jej tego. I trzymam kciuki, by po wsze czasy stała drewnem i freskami, a nie betonem i plastikiem...

*napisane jak byk, że dla emerytów wejście jest za darmo, ale niestety ulga dotyczy wyłącznie Chińczyków, co napisane dla odmiany nie jest. Tak, pokłóciłam się z tą idiotką, która sprzedawała bilety; powinni ponosić odpowiedzialność za to, co piszą...
**Sześciu Wodzów Liuzhao 六诏 to tradycyjna nazwa sześciu...hmmm... klanów? plemion? które władały okolicami dzisiejszego Dali i ani im się śniło zjednoczyć. Później, gdy większość została już podbita przez Tybet, południowe szczepy poprosiły Chiny o protekcję. Otrzymali pomoc. Do tego stopnia, że później wzięli i zjednoczyli sześć szczepów w jedno wspaniałe państwo Nanzhao - ale to już zupełnie inna historia...